Go to ...

biznes-gospodarka.plportal.pl

Reklama

Obligacje GetBacku trafiały do osób, które nigdy by ich nie kupiły. Winnych brak


Sprzedawane przez telefon, bez ankiety MIFID, z formularzem zapisu wypełnianym przez pracownika banku. Informacji o ryzyku brak – tak posiadacze obligacji GetBacku relacjonują, w jaki sposób stracili pieniądze. Idea Bank i Polski Dom Maklerski umywają ręce

Pani Grażyna (imię zmienione) jest niemal 70-letnią emerytką z II grupą inwalidzką, która na lokatach w Idea Banku trzymała swoje oszczędności. Od znajomej pracownicy banku dostała ofertę smsem.

Oferta wyglądała kusząco, a czasu na decyzję było mało. Co więcej, na spotkaniu pani Grażyna dowiedziała się, że może zerwać swoje lokaty z zachowaniem odsetek. Miała wtedy 120 tys. zł, które chciała na dłużej i bezpiecznie ulokować. Odsetki miały ją wspierać przy zakupie leków, gdyż emerytura w wysokości 1105,66 zł na niewiele starczała.

Na spotkaniu w banku nie przedstawiono jej żadnych dokumentów dotyczących tej „lokaty”. – Cały czas myślałam, że to są obligacje Skarbu Państwa. Nie znałam innych obligacji, nie interesowałam się giełdą. Mówiono mi wprawdzie, że są to obligacje GetBack, ale to mi nic nie mówiło, pierwszy raz słyszałam tę nazwę i dalej myślałam, że kupuję obligacje Skarbu Państwa. W żaden sposób nie opisywano mi działalności GetBacku, a ja nie wiedziałam co to jest i czym się zajmuje – mówi poszkodowana.

Co więcej, pani Grażyna chciała zainwestować w obligacje tylko połowę kwoty, czyli 60 tys. zł „w razie jakiegoś nieszczęścia”. Jednak pracownica banku przekonywała, że jest „bardzo dużo chętnych na zakup tych obligacji i ona nie może przyjąć tylko połowy kwoty, żeby nie zajmować niepotrzebnie miejsca innym zainteresowanym osobom”. Decyzję trzeba było podjąć maksymalnie do kolejnego dnia.

Pani Grażyna, zanim się zdecydowała, upewniła się czy ma gwarantowane 100 proc. wkładu. Pracownica zapewniła ją, że tak. – Nie wgłębiałam się już dalej, zaufałam jej – mówi.

Jedyne co podpisała w Idea Banku, to umowę na rachunek, na który miały spływać odsetki. Jak zatem kupiła obligacje? Wygląda na to, że wszystko załatwiła za nią pracownica banku i to elektronicznie – wskazuje na to adres IP komputera przekazany przez Polski Dom Maklerski oraz godzina. – W tym czasie nie zdążyłabym jeszcze wrócić do domu z oddziału – podkreśla pani Grażyna.

Właściciel GetBacku: jak chcą oszukać, to nie ma mocnych
Przypomnijmy – obligacje GetBacku były sprzedawane w ramach emisji prywatnych. Każda miała ograniczony czas przyjmowania zapisów, a po zakończeniu zapisów następował przydział obligacji. Jeżeli byłoby więcej chętnych niż obligacji, to następowałaby proporcjonalna redukcja zapisów i część pieniędzy wracałaby do nabywców. Emisja prywatna mogła zostać skierowana do maksymalnie 149 inwestorów.

– Weszłam do banku, żeby sobie bezpiecznie ulokować oszczędności życia. I wyszłam przekonana, że bezpiecznie ulokowałam pieniądze. O problemach GetBacku dowiedziałam się z gazet, ale dopiero gdy zajrzałam w swoje papiery uświadomiłam sobie, że dotyczą one także mnie – mówi.

Przedsiębiorca okazał się ostrożniejszy
Pan Zbigniew (imię zmienione) jest wieloletnim klientem private bankingu Lion’s Banku (to marka Idea Banku). Na różne produkty inwestycyjne namawiano go od dawna. Najpierw jeden bankier przedstawiał różne oferty, ale poproszony wysyłał szczegóły na maila. Gdy tylko pan Zbigniew widział informację o ryzyku utraty zainwestowanego kapitału, to rezygnował. – Jestem typowym lokatowcem, dla którego najważniejszy jest BFG, nietolerującym nawet najmniejszego ryzyka uszczerbku na kapitale, akceptującym oprocentowanie lokat na poziomie 2,5 – 3 proc. w skali roku – mówi.

Jest na tyle ostrożny, że nie trzymał w Idea Banku na lokatach więcej niż wynoszą oficjalne gwarancje (100 tys. euro), a żeby maksymalnie je wykorzystać zawsze zakładał lokaty i na siebie, i na żonę.

Buczek: wydałem 40 milionów, aby móc patrzeć w lustro
Kolejny opiekun klienta zmienił taktykę. Szczegółowe informacje nie szły już na maile, za to pojawiały się wykresy z potencjalnymi zyskami. I tak namówił pana Zbigniewa najpierw na tzw. polisolokaty, a później obligacje. Obligacje GetBack przedstawiał jako „całkowicie bezpieczne”. Świadczyć miało o tym, to, że są „gwarantowane całkowitym majątkiem emitenta, który przewyższa wartość emisji”. – Dzwonił wielokrotnie i mnie namawiał, aż w końcu się zgodziłem – opowiada pan Zbigniew.

Po rozmowie telefonicznej przyszedł e-mail z Polskiego Domu Maklerskiego (wtedy dopiero pan Zbigniew dowiedział się, że kupuje je od PDM, a nie od Idea Banku) z informacją, że musi przelać pieniądze na odpowiedni rachunek najpóźniej następnego dnia, co praktycznie wykluczało możliwość weryfikacji jakichkolwiek informacji.

Pan Zbigniew na szczęście był ostrożny i zainwestował tylko niewielką część swoich oszczędności – było to 100 tys. zł, choć namawiano go na znacznie większe sumy. – Jak zgodziłem się próbnie na 50 tys. zł, nalegał na zerwanie wszystkich lokat, które miałem do kwoty gwarantowanej przez BFG czyli 400.000 zł. Musiałem odmawiać wielokrotnie – opowiada. Materiały informacyjne, gdzie rzeczywiście jest niewielka informacja o ryzyku, dotarły do niego dopiero po przydzieleniu obligacji.

Początki były dobre, jeden ze sprzedanych produktów nawet dał zarobić. Pozostałe przez rok szły w górę (były dwuletnie), ale później rozpoczął się dramatyczny spadek ich wartości, aż cała afera z GetBackiem wyszła na jaw.

– Dałem się zrobić jak 5-latek, ale nie będę przecież wszystkiego, co mi oferują, badał pod mikroskopem. Zaufałem, dałem się omamić, choć znam przecież te wszystkie psychologiczne sztuczki na pamięć. Nie zamierzam już korzystać z doradztwa w przyszłości, ani inwestować w cokolwiek – mówi „Forbesowi”.

Winnych brak
W obydwu przypadkach mechanizm był podobny. Oferta z Idea Banku trafiała do posiadacza oszczędności, ale pełnych materiałów informacyjnych nie przekazywano. Następnie bankier wypełniał formularz zapisu za klienta i trafiał on elektronicznie do Polskiego Domu Maklerskiego, a klient jedynie przelewał pieniądze. W każdym wypadku czasu na decyzję było mało. Podobny scenariusz potwierdzają inni klienci, którzy już się zrzeszyli na facebookowej grupie – jest ich tam ok. tysiąca spośród 9 tys. osób fizycznych, którzy kupili obligacje GetBacku.

Przez oferowanie instrumentów finansowych rozumie się
podejmowanie na rzecz emitenta papierów wartościowych, wystawcy instrumentu
finansowego lub sprzedającego instrument finansowy czynności prowadzących do
nabycia przez inne podmioty instrumentów finansowych, przez:
1) prezentowanie, w dowolnej formie i w dowolny sposób, udostępnianych
przez emitenta, wystawcę lub sprzedającego, informacji o instrumentach
finansowych i warunkach ich nabycia, stanowiących wystarczającą podstawę
do podjęcia decyzji o nabyciu tych instrumentów lub
2) pośredniczenie w zbywaniu instrumentów finansowych nabywanych przez
podmioty w wyniku prezentowania informacji, o których mowa w pkt 1, lub
3) prezentowanie indywidualnie oznaczonym adresatom, w dowolnej formie
i w dowolny sposób, udostępnianych przez emitenta, wystawcę lub
sprzedającego informacji w celu:
a) promowania, bezpośrednio lub pośrednio, nabycia instrumentów
finansowych lub
b) zachęcania, bezpośrednio lub pośrednio, do nabycia instrumentów
finansowych.
ART. 72. USTAWY O OBROCIE INSTRUMENTAMI FINANSOWYMI
Tymczasem ustawa o obrocie instrumentami finansowymi (a obligacje GetBacku nimi niewątpliwie są) mówi, że oferowanie tychże rozumie się jako podejmowanie czynności prowadzących do nabycia przez inne podmioty instrumentów finansowych, przez jakiekolwiek prezentowanie, namawianie, zachęcanie do nabycia czy przedstawianie możliwości (cały przepis w ramce obok). A kto oferuje instrumenty finansowe podlega rygorom MIFID, w tym obowiązkowi przeprowadzenia testu adekwatności i odpowiedniości. A tego wobec opisywanych klientów nie zrobiono.

Idea Bank twierdzi inaczej. – Rolą bankierów Lion’s Bank było przekazywanie informacji o możliwości nabycia obligacji i kierowanie zainteresowanych klientów do domu maklerskiego zajmującego się dystrybucją tych papierów wartościowych. Wszelkie dokumenty klient otrzymywał z domu maklerskiego oferującego obligacje, zawierały one informacje o ryzykach i warunkach inwestycji. Wszelkich czynności związanych z procesem nabycia obligacji przez klienta współpracownicy banku musieli dokonywać w uzgodnieniu z klientem – napisał nam Łukasz Dajnowicz z biura prasowego banku. – Obowiązki wynikające z unijnej dyrektywy MIFID nie leżały po stronie banku – twierdzi.

Polski Dom Maklerski też nie uważa, aby należało przeprowadzać ankietę z nabywcami obligacji. – Usługa polegająca na oferowaniu instrumentów finansowych mogła być świadczona wyłącznie na rzecz ich emitenta, nie zaś potencjalnych nabywców. Konsekwencją powyższego jest to, że inwestora składającego formularz przyjęcia propozycji nabycia obligacji nie łączył żaden stosunek umowny z domem maklerskim, a tym samym nie mógł być uznany za klienta domu maklerskiego w rozumieniu ustawy – twierdzi Jarosław Ostrowski, wiceprezes zarządu PDM. – Należy zauważyć, że przepisy dyrektywy MIFID wprowadziły obowiązek przeprowadzania oceny odpowiedniości i adekwatności usługi maklerskiej i/lub produktu inwestycyjnego przez firmy inwestycyjne wyłącznie w stosunku do klientów firm inwestycyjnych, rozumianych jako podmioty, na rzecz których dom maklerski świadczy usługi maklerskie – dodaje.

Z takim podejściem nie zgadzają się prawnicy. – Podejście banków do tematu MIFID jest jedynie wyrazem ich dotychczasowej praktyki, która ułatwiała im funkcjonowanie na rynku kapitałowym przy oferowaniu papierów wartościowych na skalę masową, rzekomo zwalniając z obowiązków MIFID-u – mówi Barbara Garlacz, prawniczka znana z pozwów frankowiczów przeciwko bankom. – Nie oznacza to jednak, że ta praktyka była zgodna z prawem, w szczególności nie była ona do tej pory przedmiotem oceny sądów. Jestem przekonana, że sądy po przeanalizowaniu celów dyrektywy MIFID i całości jej przepisów podzielą naszą argumentację co do niezgodności z prawem podejścia instytucji finansowych – dodaje.

Jej zdaniem zresztą, jest więcej możliwości podważenia całego procesu oferowania obligacji GetBacku. – Większość warunków emisji przewidywała, że obligacje wymagają osobistego złożenia zapisu w postaci elektronicznej. Ten wymóg w wielu przypadkach nie został spełniony, a pracownicy dystrybutorów nie posiadali pełnomocnictw od obligatariuszy aby wypełnić elektroniczny formularz zapisu – komentuje Garlacz.

Komisja Nadzoru Finansowego nie chciała się wypowiedzieć w kwestii zgodności z prawem tego jak sprzedawano obligacje GetBacku. – Ustalenie sposobu zachowania się podmiotów oferujących instrumenty finansowe GetBack w celu uzyskania dokładnego stanu faktycznego oraz dokonanie kwalifikacji prawnej tych działań jest przedmiotem trwających czynności nadzorczych – napisał nam Jacek Barszczewski.

Idea Bank uznaje reklamacje nielicznym
Zgodnie z tym, co napisał nam Łukasz Dajnowicz z Idea Banku tylko w jednostkowych reklamacjach stwierdzono „uzasadnione zastrzeżenie co do działania byłych współpracowników banku”. – Skierowaliśmy zaproszenie do polubownego rozwiązania do 66 osób, w przypadku których przedstawiono rzeczowe argumenty. Liczba ta może wzrosnąć w najbliższych miesiącach, w ramach kwoty utworzonej już rezerwy w wysokości 14 mln zł – napisał nam.

A co z pozostałymi? Leszek Czarnecki w głośnym wywiadzie mówił, że „jeżeli był misselling, to oddamy pieniądze”. Jednak bank wymaga, aby mu ten misselling bez cienia wątpliwości udowodnić. – Dla pozostałych zainteresowanych klientów, którzy nabyli obligacje GetBacku za pośrednictwem banku, chcemy wyjść z propozycją pomocy prawnej sfinansowanej przez bank – deklaruje Dajnowicz.
Marek Muszyński
Źródło: Forbes.pl

Tags: , , , ,


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 

About koscielniakk

Reklama

WSPARCIE: propublicobono-rp.org | ffon.pl